Przed miesiącem pierwszy wpis na tym blogu zakończyłem zdaniami: Ta kampania zaś jest nietypowa, właśnie ze względu na tą niespotykaną wcześniej stabilność. Stabilność, która może być złudzeniem. Na pierwszy, chłodny rzut okaz wyniki to podręcznikowy pokaz stabilności. Rządząca większość zachowuje władzę, Z czterech sejmowych partii wszystkie znów zdobywają mandaty. To wszystko prawda, lecz nie cała. By zobaczyć, co się zmieniło, wystarczy zestawić liczbę – nie zaś procent – głosów oddanych na poszczególne listy od 2005 roku. Wygląda to tak (głosy w milionach):
Dwie największe partie pogubiły wspólnie 2 miliony wyborców. Tą stratą podzieliły się wyjątkowo równo, stąd niewielkie tylko zmiany w procentowym poparciu. Do solidnej zmiany wyniku nie trzeba było nikogo przekonywać do zmiany zdania – wystarczyć mogło, by poszedł i zagłosował tak samo jak poprzednim razem. Ta sztuka nie udała się ani PO, ani PiS, ani PSL. Liczone w setkach tysięcy zniechęcenie nie robi wrażenia, bo jest tak równomierne. Ta równomierność jest oczywiście jakimś wskaźnikiem stabilności poparcia – lecz także pokazuje to, o czym staram się przypominać: zapał i zniechęcenie może być udziałem wyborców każdej partii, nie zaś tylko tych, których mobilizacja w 2007 roku była tak nagłośniona medialnie.
Mobilizacja nie udała się w jeszcze większym stopniu SLD. Na jej kandydatów oddano trochę mniej głosów niż w krytycznym 2005 roku – pozostali zatem tylko najwierniejsi z wiernych, z których część mogła już nie pojawiać się w spisach wyborców z powodów “metrykalnych”. Wstępna analiza wyników w poszczególnych okręgach pokazuje, że ich przejęcie udało się Palikotowi. Wyniki jego Ruchu idą w znacznie większym stopniu śladem wyników LiD z 2007 roku, niż wyników PO. Są one bardziej wyrazem słabości Napieralskiego, niż zupełnie nowej jakości w polityce. Połowa z tych głosów odpowiada temu, co w 2005 roku udało się zdobyć Socjaldemokracji Borowskiego i Partii Demokratycznej Belki. One jednak poszły osobno, żadna nie przekroczyła progu, stąd zniknęły w niepamięci. Palikotowi udało się zebrać głosy lewicy obyczajowej, nie zaś otwarcie odwołującej się do dziedzictwa PRL, doprawić nieco głosami zawiedzionych Platformą czy jeszcze bardziej antypisowskich niż ona.
Ten niewątpliwy sukces przedstawiany jest jak jakaś rewolucja. Trudno tego nie oceniać jako przejawy wyposzczenia mediów dotychczasową stabilizacją. Przez minione 4 lata raz za razem, z uporem godnym lepszej sprawy, dziennikarze z nadzieją w oczach zadawali mi pytanie: Czy to zapowiedź nadchodzącej zmiany? Teraz, choć wygląda to tak, że 9 na 10 wyborców zagłosowało w niedzielę tak samo, jak poprzednio, media rzucają się na te pozostałe 10% jak żołnierz na przepustce na swą ukochaną. Nie ma wątpliwości, że nowy Ruch zajmuje w serwisach znacznie więcej niż 10% czasu. To może być równie mylące, jak podobne procenty poparcia dla głównych partii.
Jak by nie liczyć, więcej wyborców z 2007 roku zostało w domu, niż poparło nową inicjatywę. Ich ewentualny powrót może wywołać zmiany większe od tych, które spowodowało samo pojawienie się nowej siły. To jednak będzie dopiero za 4 lata. Partie mają sporo czasu by wymyślić, jak się na to przygotować. Niezbędne jest tu zrozumienie, co było tym razem naprawdę stabilne, gdzie zaś nastąpiła rzeczywista zmiana. Takie pogłębione analizy będzie można znaleźć na moim blogu na Salonie 24. Zapraszam dalej tam – tu zaś dziękuję wszystkim za komentarze.






