POWIERZCHOWNA STABILNOŚĆ, POWIERZCHOWNA REWOLUCJA

11 października 2011

Przed miesiącem pierwszy wpis na tym blogu zakończyłem zdaniami: Ta kampania zaś jest nietypowa, właśnie ze względu na tą niespotykaną wcześniej stabilność. Stabilność, która może być złudzeniem. Na pierwszy, chłodny rzut okaz wyniki to podręcznikowy pokaz stabilności. Rządząca większość zachowuje władzę, Z czterech sejmowych partii wszystkie znów zdobywają mandaty. To wszystko prawda, lecz nie cała. By zobaczyć, co się zmieniło, wystarczy zestawić liczbę – nie zaś procent – głosów oddanych na poszczególne listy od 2005 roku. Wygląda to tak (głosy w milionach):

Dwie największe partie pogubiły wspólnie 2 miliony wyborców. Tą stratą podzieliły się wyjątkowo równo, stąd niewielkie tylko zmiany w procentowym poparciu. Do solidnej  zmiany wyniku nie trzeba było nikogo przekonywać do zmiany zdania – wystarczyć mogło, by poszedł i zagłosował tak samo jak poprzednim razem. Ta sztuka nie udała się ani PO, ani PiS, ani PSL. Liczone w setkach tysięcy zniechęcenie nie robi wrażenia, bo jest tak równomierne. Ta równomierność jest oczywiście jakimś wskaźnikiem stabilności poparcia – lecz także pokazuje to, o czym staram się przypominać: zapał i zniechęcenie może być udziałem wyborców każdej partii, nie zaś tylko tych, których mobilizacja w 2007 roku była tak nagłośniona medialnie.

Mobilizacja nie udała się w jeszcze większym stopniu SLD. Na jej kandydatów oddano trochę mniej głosów niż w krytycznym 2005 roku – pozostali zatem tylko najwierniejsi z wiernych, z których część mogła już nie pojawiać się w spisach wyborców z powodów “metrykalnych”.  Wstępna analiza wyników w poszczególnych okręgach pokazuje, że ich przejęcie udało się Palikotowi. Wyniki jego Ruchu idą w znacznie większym stopniu śladem wyników LiD z 2007 roku, niż wyników PO.  Są one bardziej wyrazem słabości Napieralskiego, niż zupełnie nowej jakości w polityce. Połowa z tych głosów odpowiada temu, co w 2005 roku udało się zdobyć Socjaldemokracji Borowskiego i Partii Demokratycznej Belki. One jednak poszły osobno, żadna nie przekroczyła progu, stąd zniknęły w niepamięci. Palikotowi udało się zebrać głosy lewicy obyczajowej, nie zaś otwarcie odwołującej się do dziedzictwa PRL, doprawić nieco głosami zawiedzionych Platformą czy jeszcze bardziej antypisowskich niż ona.

Ten niewątpliwy sukces przedstawiany jest jak jakaś rewolucja. Trudno tego nie oceniać jako przejawy wyposzczenia mediów dotychczasową stabilizacją. Przez minione 4 lata raz za razem, z uporem godnym lepszej sprawy, dziennikarze z nadzieją w oczach zadawali mi pytanie: Czy to zapowiedź nadchodzącej zmiany? Teraz, choć wygląda to tak, że 9 na 10 wyborców zagłosowało w niedzielę tak samo, jak poprzednio, media rzucają się na te pozostałe 10%  jak żołnierz na przepustce na swą ukochaną. Nie ma wątpliwości, że nowy Ruch zajmuje w serwisach znacznie więcej niż 10% czasu. To może być równie mylące, jak podobne procenty poparcia dla głównych partii.

Jak by nie liczyć, więcej wyborców z 2007 roku zostało w domu, niż poparło nową inicjatywę. Ich ewentualny powrót może wywołać zmiany większe od tych, które spowodowało samo pojawienie się nowej siły. To jednak będzie dopiero za 4 lata. Partie mają sporo czasu by wymyślić, jak się na to przygotować. Niezbędne jest tu zrozumienie, co było tym razem naprawdę stabilne, gdzie zaś nastąpiła rzeczywista zmiana. Takie pogłębione analizy będzie można znaleźć na moim blogu na Salonie 24. Zapraszam dalej tam – tu zaś dziękuję wszystkim za komentarze.

STABILNOŚĆ I ROZCHWIANIE

9 października 2011

Jeśli wyniki się potwierdzą, to polska scena polityczna podzieli się na trzy plany. Na pierwszym jest koalicja rządząca. Jeśli wystarczy jej sił do stworzenia większości, będzie to najbardziej przewidywalna część sceny politycznej. Na drugim planie potwierdzające swą pozycję głównej siły opozycyjnej Prawo i Sprawiedliwość. Tu stabilność nie jest już tak oczywista. Kolejna porażka może być impulsem do zmiany, lecz przecież ten impuls nie musi być wystarczającym, by taką zmianę faktycznie spowodować. I wreszcie trzeci plan, gdzie bez wątpienia nastąpiło rozchwianie – lewica. Rozchwianie, które szybko nie przekształci się w stabilność. Pomiędzy Ruchem a SLD jakieś relacje będą musiały się pojawić – połączenie, współdziałanie, konkurencja lub wchłonięcie. Bez jakiegoś rozstrzygnięcia trudno będzie o przesunięcie się lewicy na bliższy plan. Stabilność w tych wynikach przeważa, lecz przecież nie jest stuprocentowa. Te wyniki dają całkiem obiecujący sygnał dla polityków – stabilność jest możliwa, lecz wcale nie jest oczywista. Można o nią zabiegać, lecz nie można jej być pewnym. Tak właśnie to powinno wyglądać, jeśli politycy mają być dobrze zmotywowani.

Status quo i trzęsienie ziemi na lewicy

9 października 2011

Jeżeli wyniki:
FREKWENCJA: 47.7 PROC.
PO – 39.6 PROC.; 212 MANDATÓW
PiS –30.1 PROC.; 158 MANDATÓW
RUCH PALLIKOTA 10.1 proc.; 39 mandatów
PSL – 8.2 PROC.; 27 MANDATÓW
SLD –7.7 PROC.; 23 MANDATÓW
PJN – 2.2 PROC. 0 mandatów
NOWA PRAWICA JKM –1.1 PROC. 0 mandatów
źródło: TNS OBOP DLA TVN24 i TVP
się potwierdzą, to oznaczają wielki sukces koalicji rządzącej. Oznaczają kontynuację stabilnego rządzenia koalicji PO i PSL, tzw. bezpieczną większość. Dla rządu – status quo.
To oznacza też wielką porażkę Grzegorza Napieralskiego – koniec marzeń o wejściu do rządu i na dodatek porażkę z Palikotem! Można mówić o znacznym przekonfigurowaniu lewicy. PiS pogorszył stan posiadania, ale zostaje główną siłą opozycyjną, chociaż osłabioną. Opozycji będzie teraz trudniej. Palikot przesunie PO w stronę centrum.

CISZA PRZED BURZĄ

7 października 2011

W tej kampanii najważniejsze okazało się to, co się nie wydarzyło. Braki w debacie, braki w pomysłach, braki w zaangażowaniu, braki w lojalności, braki w konsekwencji.

Zabrakło solidnej debaty. Jarosław Kaczyński nie podjął rękawicy, powołując się na przypadek sprzed 4 lat. Jeśli wygra,wszyscy uznają, że miał rację. Co powie, jeśli przegra? Czy nie warto było zaryzykować takiego starcia, zamiast iść do Tomasza Lisa? Donald Tusk w ostatniej chwili wysłał na zastępczą debatę swojego zastępcę, postponując dodatkowo Grzegorza Napieralskiego, choć jednocześnie organizatorzy debaty ustrzegli tego ostatniego przed konfrontacją z Januszem Palikotem. Wszystko to można uzasadnić taktyką, lecz standardy demokratyczne to niejako narusza. Co jednak zrobić, gdy ktoś takie standardy naruszył już wcześniej – czy to wystarczające uzasadnienie, by całkowicie je odrzucić?

Zabrakło pomysłów – przede wszystkim partiom koalicji, lecz także SLD. Z braku dobrych pomysłów przebijały się te złe – korty za stodołą czy różne pomysły tak bardzo poniżej granicy dobrego smaku, że lepiej ich nie wspominać. Wygrał na tym ten, kto z takich pomysłów uczynił swój znak firmowy.

Zabrakło zaangażowania. Wiele wskazuje na to, że w partiach wypala się kluczowe dotąd paliwo – złudzenia kandydatów z dalszych miejsc, że może im się udać. Gdy liderzy list są pewni mandatu i też im się nie chce nastawiać budzika na 5 rano, niewiele już pozostaje zasobów, które pozwalają dotrzeć bezpośrednio do wyborców. Pozostają media – i znów problem jak wyżej. Ich postępująca tabloidyzacja ciągnie za sobą standardy polityczne.

Zabrakło lojalności (może poza PSL) – zaczynając od układania list ważniejsze od sukcesu partii stały się rozgrywki frakcji i walka o przywództwo. Pewni swego mandatu posłowie jeździli po kraju wspierać swych kolegów, zamiast we własnych okręgach walczyć o dodatkowe mandaty dla swego ugrupowania.

Z konsekwencją było różnie – niektórzy byli konsekwentni w swym braku konsekwencji. Miotali się od początku i tak już im zostało do końca. Niektórzy dopiero na ostatniej prostej zaczęli stąpać niepewnie, wchodząc na grząski grunt.

W efekcie brak nam tak powszechnego przeczucia ich wyników, jakie było udziałem chyba wszystkich poprzednich rozstrzygnięć.  Wieczór wyborczy potężnie zatrzęsie polską polityką. Obecne partie, wystawione na ostre światło kampanii, nie okazały się takimi blokami zbrojonego betonu, jak to się wszystkim przez ostatnie lata wydawało. Dlatego z niepokojem czekają na rzeczywiste wyniki, nie zaś na zupełnie niepewne sondaże. Wszystko może się zdarzyć. Cała konstrukcja sceny polityczne może pójść w gruzy. Lecz może też być tak, że wszystko się zatrzęsie a gdy opadnie kurz, będzie stało po staremu. Jak się to skończy, zależy to także od każdego z nas. Czy zwycięży zmiana, czy stabilność – będziemy wiedzieć już pojutrze.

KTO ZYSKAŁ?

6 października 2011

Janusz Korwin-Mikke złożył zawiadomienie o przestępstwie – oszustwie wyborczym na masową skalę. Głównym podejrzanym jest PSL. W tej samej sprawie europoseł Janusz Wojciechowski był łaskaw zwrócić się do mnie z pytaniem – dość niebanalnie postawionym, lecz pomińmy to i potraktujmy je poważnie. Czy jestem w stanie objaśnić fenomen źle oddanych głosów, szczególnie skoncentrowanych w województwie mazowieckim? Na pewno próbuję. Profesor Przemysław Śleszyński przesłał mi kilka dni temu swoje zobrazowanie  problemu. Wygląda ono tak:

Od przedwczoraj rzecz próbuję ugryźć, testując różne hipotezy. Oszustwa też. Rzecz warto oddzielić od innego, podobnego problemu – Partii Pustej Kartki – głosów nieważnych z powodu braku skreśleń, oddawanych w znaczącej liczbie jak Polska długa i szeroka. O tamtym problemie pisałem obficie w serii notek o “Poszukiwaczach Zaginionej Ćwiartki“. Natomiast taka różnica w błędnie oddanych głosach najpoważniej mnie zmroziła. Poszukuję wyjaśnień testując różne hipotezy. Na pierwszy ogień – publicznie podniesiona przez obu wspomnianych polityków hipoteza oszustwa.

Jeśli ktoś oszukuje, robi to w jakimś celu. Postanowiłem więc sprawdzić, jak się ma procent błędnie oddanych głosów do zmian poparcia dla głównych oponentów w tej sprawie – PiS i PSL. Dla każdej z 229 gmin wiejskich Mazowsza policzyłem procent błędnie oddanych głosów i procent o jaki zmieniło się poparcie dla tych dwóch partii w porównaniu do wyborów sejmowych 2007. Obrazują to dwa wykresy*:


Wygląda na to, że nawet jeśli były jakieś oszustwa, to na wynik PiS i PSL nie miały żadnego istotnego wpływu. Czy głosów błędnych było mniej, czy więcej, ani wynik PiS, ani tym bardziej PSL od tego się nie zmieniał. Wyniki obu partii spadały i wzrastały po swojemu, nie oglądając się na zepsute głosy. Jeśli zaś jest tu wpływ nieistotny, to dokładnie w przeciwnym od sugerowanego kierunku – w tych gminach, gdzie było więcej takich głosów, spadki poparcia dla PiS były minimalnie mniejsze.

Nie sądzę, by udało mi się tak łatwo przekonać Szanownego Europosła – bo czy jest konkurencyjna hipoteza? Co różni Mazowsze od Świętokrzyskiego, gdzie też rządzi PSL, skok poparcia dlań miał nawet większy, lecz głosów błędnie oddanych jest dwa razy mniej? Ścieżka, którą szukając odpowiedzi podążam, wyznaczana jest przez poniższą mapę. Pokazano na niej, jaka jest liczba wyborców, przypadająca na jednego radnego sejmiku w poszczególnych województwach.

Mazowsze jest tu najciemniejszą plamą. Ustalając liczebność sejmików, sejm doprowadził do tego, że na jednego radnego przypada na Mazowszu kilkukrotnie więcej wyborców niż w małych województwach. Stąd też mieszkańcy gmin wiejskich mają tu znacznie mniejsze szanse, by zagłosować tak, jak lubią – na kogoś znanego osobiście. Być może zrodzoną stąd frustrację wyrażają przekreślając całą kartkę z listami sejmikowymi? Dodatkowo – czy takie przekreślenia są w ten sam sposób zliczane w całym kraju? Czy takie głosy są uznawane za nieważne z powodu niepostawienia znaku “x”, czy też z powodu postawienia więcej niż jednego znaku “x”? Jutro postaram się od PKW otrzymać na to pytanie odpowiedź. Być może tu jest źródło zauważonego przez prof. Przemysława Śleszyńskiego problemu. W każdym razie, jeśli PSL popełniał tu oszustwo, to nie widać śladu korzyści, jakie miałby z tego powodu odnosić. Nie widać też, by PiS był jakkolwiek zagrożony z tej strony. Poza tym, że podnosząc tą sprawę bez sprawdzenia, naraża się na zarzuty ze strony swoich przeciwników, że wszędzie “węszy spisek”.  Zaś profesorowi Przemysławowi Śleszyńskiemu chwała za dostrzeżenie problemu. Bo frustracja gminnych wyborców – w pierwszej kolejności mazowieckich – jest naprawdę ciemną plamą na politycznej mapie Polski. 

*Niestety, akurat skończyła mi się licencja na profesjonalny pakiet statystyczny, stąd posłużyłem się Excelem z jego najprostszą linią trendu, R2 i równaniem regresji liniowej. Istotności policzę, gdy odnowię licencję. Na wykresie pominąłem 3 gminy z błędnymi głosami w liczbie ponad 10% – z nimi wszystko wyglądało bardzo podobnie, lecz mogło budzić wątpliwości matematyczne.

NIEODPARTE POTRZEBY

5 października 2011

Na taką okazję media wrogie Jarosławowi Kaczyńskiemu czekały od kilku tygodni. Ich nieodparta potrzeba zdemaskowania jego “prawdziwego oblicza” zaiskrzyła z jego – jak widać – równie nieodpartą potrzebą, by używać argumentu “wiem coś strasznego, lecz nie mogę wam powiedzieć”. Okoliczności, w jakich Angela Merkel została kanclerzem mają na oko marginalny wpływ na to, co może się zdarzyć w Polsce w najbliższych 4 latach. Dlaczego nagle ta sprawa staje się najgorętszym tematem w najgorętszym momencie kampanii?

Najtrudniej rozstrzygnąć jednoznacznie, dlaczego na tak grząskie tematy wszedł sam Prezes. Dalszy ciąg jest już względnie oczywisty. Spięcie jest wpasowane idealnie w strategię PO (PiS nie jest w stanie ugrać w UE więcej, bo wchodzi w absurdalne konflikty) i pozwala przywołać wydarzenia z przeszłości (haki, o których nieskuteczności pisałem kilka dni temu). W szczególności  zaś wpasowuje się w psychologiczny obraz lidera PiS w oczach mu niechętnych, który to obraz jego sztabowcy chcieli w tej kampanii zatrzeć – jak dotąd z sukcesami. Rzecz nadaje się do dalszego rozkręcania  – wątek można drążyć zadając głównemu bohaterowi i jego współpracownikom pytania – przede wszystkim z nadzieją, że kogoś wyprowadzą z równowagi i pozwolą tematowi żyć dalej.

Czy głównej partii opozycyjnej uda się z tego wyjść obronną ręką, rozstrzygnąć nie sposób – tak jak to pokazała sprawa debat, rozochocenie przeciwników może odebrać im skuteczność. Jeszcze trudniej odpowiedzieć na pytanie, kto na tym – jeśli już – zyska. Można tu przytoczyć argument za kilkoma wariantami – PO (bo zniechęceni wystraszą się powrotu Kaczyńskiego), SLD i PSL (bo umiarkowani socjalni wyborcy na nich się przerzucą), RPl (jako jeszcze głośniej antykaczystowski niż PO) lub też PJN (alternatywa dla umiarkowanych konserwatystów).

Tak czy owak, na rzecz nieprzewidywalności wieczoru wyborczego pojawił się nowy argument.

CENA STRACHU

4 października 2011

I kandydatom, i wszystkim zaangażowanym w politykę, coraz trudniej powstrzymywać emocje. O tym, że to się jednak opłaca, powinny przekonywać reakcje ich przeciwników. W tej kampanii, jak chyba w żadnej innej, najczęstszymi zarzutami są właśnie te dotyczące stanu psyche – tracenie równowagi, wpadanie w  panikę, agresja wywoływania strachem.

Takie oskarżenia mają stać się samospełniającymi się przepowiedniami. Tyle tylko, że działają w dwóch kierunkach. Gdy obie strony zaczynają się przekrzykiwać wołając “no co się tak denerwujesz?”, z reguły nie prowadzi to do uspokojenia atmosfery.Tymczasem każda ze stron stara się pokazać, że sama to się zupełnie nie denerwuje – o nie. To tylko tamci… To – w odróżnieniu od prowokowania przeciwnika – wychodzi już znacznie mniej przekonująco.

Taka strategia jest kolejnym potwierdzeniem, jak ważną cechą jest panowanie nad sobą i umiejętność zaprowadzania swojej woli. Przeszkody na tej drodze mogą być różne. Jednemu we kierowanie się własną wolą nie wychodzi, bo ma jej za mało. Drugiemu – bo utożsamia wolę z postawieniem na swoim, w prostym sprzeciwie wobec zamiarów innych.  Dla wyborców sytuacja, gdy politycy choć starają się pokazać, jacy to są racjonalni w swoim działaniu, jak potrafią odkładać na bok swoje ambicje i osobiste niechęci, ma swoje zalety. Nawet jeśli udają, to może choć zrobią krok w takim kierunku. Lepiej w końcu, gdy walczą w takiej konkurencji, niż gdy robią cnotę wyłącznie z umiejętności swobodnej ekspresji swoich niechęci i swojego ego. Tragiczna historia Andrzeja Leppera jest najlepszym zobrazowaniem pułapek, które czają się na kochającego spektakle i emocjonalne przekazy buntownika.

KTO JEST ADRESATEM?

3 października 2011

Ostatnia szarża Platformy ma postać billboardu (za Rzepą):

Jest tylko jedno pytanie – kto jest jego adresatem. Jeśli bowiem wyborcy nie dadzą się zbytnio zmobilizować taką alternatywą, to rzeczone pytanie jest kierowane do Waldemara Pawlaka. Wtedy to on będzie miał władzę rozstrzygnąć ten spór nie zaś 3/4 wyborców – jako parlamentarny “języczek u wagi”. Jednak może się też zdarzyć, że udziału w takiej decyzji nie będzie miał żadnego. Nawet drobne różnice w mobilizacji elektoratu prowadzić mogą do diametralnie odmiennych rozstrzygnięć. Pełne zestawienie możliwych wariantów w świetle obecnych trendów i sprzecznych sondaży przedstawiałem na Salonie 24.

PO stawia rzecz na ostrzu noża, starając się możliwie utrudnić życie swoim zawiedzionym zwolennikom. Mogą oni myśleć: Chcę ich ukarać, więc nie mogę na nich zagłosować, choć pewnie wolałbym, żeby rządzili dalej, tylko inaczej. Ponieważ jednak PiS nie ma żadnej zdolności koalicyjnej, to nie ma zagrożenia, by premierem został Kaczyński, które to rozwiązanie uważam za niedopuszczalne. Jeśli zatem nie zagłosuję, to dam wyraz swojemu niezadowoleniu a zagrożenia żadnego nie będzie.

Jednak poza takimi wyborcami, są też inni odbiorcy tego przekazu. Po pierwsze, mobilizuje on także wyborców PiS, którzy mogli w ostatnich latach stracić wiarę w zwycięstwo po kolejnych porażkach. Po drugie – budzi wątpliwość wśród tych głosujących dotąd na PO, którzy kierowali się jej popularnością i właśnie tym, że była dotąd zwycięską. Czy te straty nie będą większe od zysków? Taka strategia PO sprawia, że skrajne wyniki stają się bardziej prawdopodobne.

CHŁOPCY Z PLAKATÓW

30 września 2011

Dogęszczają się płoty i latarnie – z wiszących na nich plakatów uśmiechają się do nas kandydaci (co ciekawe, mam wrażenie, że parytetu w plakatowaniu nie ma – czyżby to panowie byli bardziej skłonni do epatowania nas swoimi fizjonomiami?). Drukarze podliczają zyski. Ich korzyści są niewątpliwe – czy to samo można powiedzieć o “chłopach z plakatu”?

Cały paradoks plakatowania polega na tym, że nie ma narzędzia kampanii wyborczej, które może być mniej skuteczne. Przecież żaden wyborca nie dał się przekonać do wyboru samym plakatem. Tak w przypadku wielu innych dziedzin, plakaty w polityce są tylko narzędziem wzmacniającym. Podobnie jest w muzyce – jeśli plakat zapowiadający koncert przyciąga uwagę przechodnia, to dlatego, że zna on już zapowiadany zespół – że taką muzykę już gdzieś wcześniej słyszał.

Tak też działa wyborczy plakat – jeśli danego kandydata już skądś kojarzymy i dobrze oceniamy, obrazek przypomina, że on kandyduje. Pokazuje, że ten kandydat się stara i – jeśli plakaty są stale widoczne – że ma szanse na zwycięstwo. Kluczowe jest to “jeśli”. Bo jeśli nie, plakat omijamy wzrokiem. Podobnie jeśli danego kandydata znamy aż za dobrze i jesteśmy pewni, że na niego nie zagłosujemy. Plakaty nie zmienią raz powziętej opinii, mogą ją co najwyżej utwierdzić. Kandydaci późno obudzeni, którzy w kampanii chcą dopiero się pokazać, nie zaś przypomnieć, swoimi plakatami przynoszą korzyści tylko drukarzom.

KTO HAKIEM WOJUJE…

29 września 2011

Kampania na finiszu. Skoro wszystko wskazuje na to, że debat nie będzie, dziennikarskie spekulacje przeniosły się na problem haków. W poprzednich wyborach takie sprawy jak Marek Siwiec całujący Ziemię Kaliską, nagrania Sawickiej, czy dziadek z Wehrmachtu, pobudzały emocje – masowe, lub przynajmniej medialne. Tyle tylko, że ich polityczny efekt był co najmniej wątpliwy. Stąd tym razem nie spodziewałbym się żadnego takiego zagrania. Wręcz przeciwnie. Świadomość, że haki bardziej obciążają tego, kto je wyciąga, niż tego, na kogo są wyciągane, doprowadziła do niebanalnej sytuacji. “Szykują haki” staje się formą ataku na politycznego przeciwnika.

Nie jest to przecież uprzedzenie ataku, lecz właśnie oskarżenie o prowadzenie nieczystej gry. W sumie, to zmiana na lepsze – choć z drugiej strony, jak ma się przed takim oskarżeniem bronić ktoś, kto naprawdę ma czyste sumienie? Inna rzecz, że do niektórych takie oskarżenia nie pasują w najmniejszym stopniu. Na przykład nikomu nie przyjdzie do głowy, że coś takiego mógłby szykować PSL. Można się zatem pocieszać, że taka sytuacja jest przestrogą na przyszłość – jeżdżenie po bandzie może dawać o sobie nieprzyjemnie znać jeszcze bardzo długo.